Archiwum kategorii ‘Turystyka’

W oparciu o systemy aluminiowe ALUPROF w jednej z najbardziej atrakcyjnych lokalizacji w Warszawie – w bezpośrednim kontakcie Ronda Daszyńskiego, powstaje nowoczesny biurowiec Proximo. To kolejna ciekawa realizacja, w której uczestniczy firma z Bielska-Białej.

Budowla kompleksu biurowego Proxiomo w Warszawie powstaje z inicjatywy Rola Hines, autorem projektu jest pracownia Rolfe Judd, a Generalnym Wykonawcą został warszawski oddział firmy Hochtief Polska. W jego realizacji przewidziano wykorzystanie najwyższej jakości, innowacyjnych systemów aluminiowych ALUPROF, lidera w branży aluminiowych rozwiązań dla budownictwa. Konstruktorzy opracowali wygląd bryły w oparciu o następujące produkty ALUPROF: MB-SR50N HI+ – ściany słupowo-ryglowe o podwyższonej izolacyjności termicznej, MB-SR50N EFEKT – fasady półstrukturalne, dzięki którym można uzyskać efekt gładkiej szklanej ściany, MB-86SI – system okienno-drzwiowy, MB-DPA – systemy drzwi przesuwnych automatycznie i manualnie oraz MB-SUNPROF – żaluzje fasadowe. Dzięki nim właśnie fasada obiektu będzie prezentować się tak efektownie i nowocześnie.

Biurowiec Proximo, którego nazwa nawiązuje do najbliższej Słońcu gwiazdy Proxima Centauri, będzie składał się z brył o ciekawym, futurystycznym kształcie. Oprócz interesującej kubatury, główne atuty obiektu stanowi lokalizacja w bliskim sąsiedztwie ścisłego centrum oraz wyjątkowa dostępność komunikacyjna z uwagi na stację II linii metra. Budynek będzie miał w dużej mierze przeznaczenie biurowe, ale znajdą się w nim również miejsca handlu detalicznego i usług czy sale fitness. Natomiast parking podziemny pomieści aż 400 samochodów. Będzie legitymować się ponadto cennym certyfikatem ekologicznym BREEAM na poziomie VERY GOOD.

Czytaj więcej22 grudnia 2015 12:25 - Dodane przez redaktor

Dźwięk pracującego silnika „stodwudziestkipiątki” można kochać lub nienawidzić, ale na pewno nie da się pozostać wobec niego obojętnym. Miarowo pracujący motocykl to muzyka, która pieści uszy miłośników dwóch kółek. Niestety sezon nie trwa wiecznie. W tym roku właśnie dobiega końca. Szczególnie krótki był dla osób, które dzięki nowym przepisom swoją przygodę z fascynującym światem motocykli zaczęły dopiero w sierpniu. Specjalnie dla nich przygotowaliśmy poradnik, jak przygotować maszynę do zimowego przestoju.

Na te przepisy fani motoryzacji czekali od lat. Od końca sierpnia, wszyscy kierowcy posiadający prawo jazdy kategorii B – od co najmniej trzech lat – mogą legalnie poruszać się po polskich drogach motocyklami o pojemności do 125 centymetrów sześciennych. Dzięki temu sporo osób, które do tej pory ze względu na brak uprawnień, tylko marzyło o posiadaniu i prowadzeniu własnego jednośladu, teraz może realizować swoją pasję. Ze zmian w przepisach zadowolony jest aktualny mistrz Polski w wyścigach motocyklowych, Ireneusz Sikora. Jego zdaniem nowelizacja ustawy znacznie powiększy grono miłośników jednośladów. – Jeśli opanują oni technikę jazdy na motocyklu z silnikiem 125 ccm, to jest tylko kwestią czasu, gdy zaczną poszukiwać nowych wyzwań i zdecydują się uzyskać prawo jazdy kategorii A i przesiądą się na jednoślady z potężniejszymi silnikami. Tak jak dzieci, rozpoczynają swoją przygodę z jazdą na rowerze od małych rowerków, doskonalą technikę, uczą się podstawowych manewrów i zachowań, które będą wykorzystywane także w późniejszym okresie, podczas kierowania dużymi rowerami – w przypadku motocykli będzie analogicznie – mówi Ireneusz Sikora.

Piękna jesień pozwoliła cieszyć się jednośladem stosunkowo długo, jak na polskie realia pogodowe. Niestety najbliższe dni mają przynieść załamanie pogody. Wolnością, jaką dają dwa kółka będą mogli cieszyć się więc tylko najbardziej wytrwali. Część właścicieli jednośladów, albo już zdecydowała się na ułożenie motocykla do zimowego snu, albo zrobi to lada moment. Warto skorzystać z porad profesjonalistów, którzy w swojej pracy zawodowo zajmują się serwisowaniem jednych z najszybszych w Polsce maszyn. O wskazówki poprosiliśmy zespół serwisowy BMW Sikora Motorsport, czyli mechaników Ireneusza Sikory, obecnego Mistrza Polski w wyścigach motocyklowych.

Spokojny zimowy sen

Zdaniem fachowców, niezależnie czy jeździmy po szosach, czy też jesteśmy miłośnikami jazdy terenowej, na koniec sezonu motocyklowi należy się dokładne mycie. Fragmenty błota czy przyklejone części roślin mogą bowiem zniszczyć delikatny lakier. Ponadto świeże zabrudzenia usuwa się dużo łatwiej niż te sprzed kilku miesięcy. Do czyszczenia maszyny najlepiej jest używać miękkiej gąbki i odpowiedniego szamponu. Myjąc jednoślad używajmy sporej ilości wody. Dzięki temu unikniemy wcierania brudu w lakier, co mogłoby skończyć się jego porysowaniem. Wszelkie smary z kół lub wahaczy czy też pozostałości oleju na silniku należy usunąć przeznaczonymi do tego celu preparatami. W trakcie czyszczenia zwróćmy uwagę na to, aby nie zalać wodą delikatnych elementów elektronicznych albo układu zapłonowego. Po zakończeniu prac pamiętajmy o dokładnym osuszeniu motocykla miękką tkaniną lub irchą.– Bardzo ważne jest, aby naprawdę dokładnie wyczyścić łańcuch i nasmarować go. Należy również zabezpieczyć przed wilgocią wszystkie powierzchnie, które mogą ulec korozji – podpowiada Mateusz Moćko, mechanik z teamu BMW Sikora Motorsport, jednego z najlepszych polskich zespołów wyścigowych, ambasadora marki profesjonalnych narzędzi PROLINE. Jak mówi specjalista, zasady prawidłowej konserwacji są analogiczne zarówno dla motocykli o pojemnościach do 125ccm, jak i tych znacznie większych.

Chociaż sprzęt nie będzie używany przez dłuższy czas, warto jest wymienić na nowe olej i filtr oleju. Zużyty olej zawiera bowiem wiele szkodliwych substancji, które są efektem spalania benzyny. – Dobrą praktyką jest także zatankowanie baku pod korek. Dzięki temu ograniczymy ryzyko pojawienia się w nim wody, a zbiornik nie pokryje się od wewnątrz warstwą rdzy – podpowiada Mateusz Moćko. Kolejny element, któremu możemy poświęcić nieco uwagi na koniec sezonu, to układ hamulcowy. Wymiana płynu oraz konserwacja zacisków są najlepszym sposobem na zabezpieczenie tych niezwykle ważnych elementów przed niszczącym działaniem wilgoci. Jeśli pozwalają nam na to doświadczenie i umiejętności, możemy spróbować zrobić to sami, w pozostałych przypadkach opiekę nad układem hamulcowym lepiej jednak powierzyć specjalistom. – Bardzo ważna kwestią jest również właściwe zabezpieczenie opon. Najlepiej, jeśli motocykl będzie stał na specjalnym stojaku tak, aby nie miały one kontaktu z podłożem. Pozwoli to znacznie odciążyć ogumienie. Jeśli jednak nie mamy takiej możliwości, pamiętajmy o przetaczaniu maszyny co kilka tygodni mniej więcej o ćwierć obrotu koła, co pomoże zapobiec odkształceniu opon – radzi mechanik teamu BMW Sikora Motorsport. Ekspert podpowiada również, aby odłączyć akumulator i przenieść go do ciepłego pomieszczenia, pamiętając jednak o jego okresowym doładowywaniu. Motocykl w miarę możliwości należy przechowywać w suchym i ciepłym garażu, przykryty przepuszczającą powietrze narzutą. Jeśli jednak będzie przechowywany na zewnątrz, konieczne jest zabezpieczenie sprzętu szczelnym i nieprzemakalnym pokrowcem.

Narzędzia, których potrzebujesz

Będąc właścicielem samochodu lub motocykla warto zaopatrzyć się w zestaw najczęściej wykorzystywanych narzędzi. Kompletowanie wyposażenia swojej skrzynki możemy swobodnie rozłożyć w czasie i sukcesywnie dokupować kolejne akcesoria. Dobrze zaopatrzona, będzie przydatna podczas prac związanych z przygotowaniem jednośladu do zimowania. Na co powinniśmy zwrócić uwagę, aby być później zadowolonym z zakupu? Według Emila Sieligowskiego z warszawskiej firmy Profix, która od dwudziestu lat dostarcza na polski rynek narzędzia ręczne i elektronarzędzia, wybierając markę sprzętu, możemy sprawdzić, czy jest on, np. wykorzystywany przez zespoły serwisowe znanych teamów motocyklowych. – Jeżeli tak, to z czystym sumieniem możemy zdecydować się na zakup takich narzędzi. Na pewno nie będziemy rozczarowani – przekonuje Emil Sieligowski. Jakiego sprzętu będziemy potrzebować najbardziej? – W naszej codziennej pracy najczęściej wykorzystujemy klucze nasadowe z grzechotką – zdradza Mateusz Moćko z BMW Sikora Motorsport. Niezbędne nasadki i rękojeści możemy spróbować kompletować pojedynczo, jednak dużo lepszym wyjściem jest zakup całego kompletu. Występują one w różnych wariantach – od małych, zawierających jedynie uchwyt i końcówki w podstawowych rozmiarach, aż po bardzo rozbudowane. W tych ostatnich oprócz kilku różnej wielkości rękojeści i pełnego asortymentu nasadek, znajdziemy także klucze płasko-oczkowe, ampulowe, rękojeści wkrętaków oraz niezbędne bity. – Kupując taki zestaw, zwróćmy uwagę na parametry i jakość wykonania narzędzi – podpowiada Emil Sieligowski, Brand Manager marki dedykowanych profesjonalistom narzędzi PROLINE. W jej asortymencie znaleźć można m.in. bogaty wybór zestawów kluczy nasadowych.

Bardzo ważny jest materiał, z którego wykonane są narzędzia. Nasadki i grzechotki wysokiej jakości produkowane są z wytrzymałej stali chromowo-wanadowej (CrMo). Istotny jest też rozmiar kwadratowego trzpienia, który łączy końcówki z grzechotką. Podaje się go w calach – dodaje specjalista PROLINE. Im jest on większy, tym narzędzie może przenosić większe siły. Dlatego do końcówek o dużych rozmiarach, renomowane marki – jak PROLINE – stosują grzechotki z trzpieniem w rozmiarze 1/2”. W przypadku nasadek liczy się precyzja ich wykonania oraz wewnętrzny kształt. Najczęściej spotykane są wersje sześciokątne, dwunastokątne oraz uniwersalne SPLINE. „Napędza” się je za pomocą wspomnianych już rękojeści z grzechotkami pozwalającymi na szybką pracę, bez konieczności ciągłego przekładania ich na łbie śruby czy nakrętce. Kierunek kręcenia (odkręcanie lub dokręcanie) ustala się przełącznikiem obrotów, znajdującym się zwykle na główce grzechotki. – Kluczowym parametrem tego elementu jest liczba zębów na pierścieniu mechanizmu zapadkowego. Im jest ich więcej, tym mniejszy jest potrzebny do obrócenia śruby zakres ruchu – wyjaśnia Emil Sieligowski. Jak podpowiadają eksperci, przy obsłudze motocykla niezbędny jest także klucz dynamometryczny. Pozwala on na precyzyjne dokręcanie śrub, dokładnie z zalecanym przez producenta jednośladu momentem obrotowym. Dzięki temu minimalizowane jest ryzyko „przeciągnięcia”, czyli zniszczenia gwintów, które często kończy się koniecznością wykonania poważnych napraw. W warsztacie motocyklisty nie powinno też zabraknąć kilku innych podstawowych narzędzi. Przyda się jeszcze m.in. komplet wysokiej jakości wkrętaków oraz zestaw szczypiec.

Bezawaryjnie w nowy sezon

Właściwie przygotowany i zakonserwowany jednoślad powinien przetrwać zimę bez żadnych problemów, a przed pierwszym odpaleniem potrzebować jedynie podłączenia naładowanego akumulatora. Jednak zanim wyruszymy w upragnioną, pierwszą po długiej przerwie podróż, warto ponownie przejrzeć cały motocykl, aby zyskać pewność, że wszystko jest z nim w porządku. Przede wszystkim trzeba sprawdzić czy nie doszło do wycieku płynów eksploatacyjnych oraz skontrolować stan zużycia opon. Konieczna jest również kontrola sprawności układu hamulcowego zwłaszcza, gdy nie przeprowadziliśmy jej na koniec sezonu. Sprawdzić należy grubość okładzin klocków i tarcz oraz jakość płynu hamulcowego. Tę ostatnią czynność – podobnie jak ewentualną konserwację hamulców – ze względów bezpieczeństwa najlepiej powierzyć doświadczonemu fachowcowi. Jeśli nie zrobiliśmy tego przed zimą, początek wiosny jest również dobrym momentem na wymianę zużytego oleju silnikowego. Pamiętajmy, aby stosować wersje przeznaczone specjalnie do motocykli. Warto też sprawdzić układ przeniesienia napędu zwłaszcza, jeśli mamy do czynienia z napędem łańcuchowym. W tym wypadku należy skontrolować jego naciąg. Robi się to w połowie odległości pomiędzy zębatkami. Prawidłowo napięty łańcuch, powinien dać się ugiąć na około 2 cm. Jeśli zauważymy, że ma on duże luzy poprzeczne, prawdopodobnie konieczna będzie wymiana tego elementu. Podczas sezonu warto pamiętać o regularnym smarowaniu łańcucha preparatem dostosowanym do terenu, po którym jeździmy. W warunkach drogowych dobrze jest wykonywać je co około 300-500 przejechanych kilometrów. Przed pierwszą przejażdżką upewnijmy się jeszcze, że poprawnie działają światła mijania, drogowe i kierunkowskazy.

Jazda motocyklem dostarcza niezapomnianych wrażeń. Nic dziwnego, że wszyscy fani jednośladów tak bardzo żałują, że w Polsce sezon nie trwa cały rok. Kilka miesięcy zimowej przerwy w jeździe można jednak wykorzystać, aby zdobyć wiedzę niezbędną do prawidłowego przygotowanie sprzętu do sezonu oraz jego bezproblemowej eksploatacji w trakcie późniejszych wojaży.  To również czas, kiedy możemy skompletować niezbędne do tego narzędzia. Wybierając produkty renomowanych marek, zyskamy sprzęt doskonałej jakości, który będzie nam służył przez długie lata i wspomoże prawidłową obsługę ukochanej maszyny.

Czytaj więcej14 listopada 2014 13:12 - Dodane przez redaktor

Uniwersalny zestaw kluczy imbusowych PROLINE dla rowerzystów i majsterkowiczów.

W nowoczesnych rowerach śruby z gniazdem sześciokątnym to standard. Do ich bezproblemowej obsługi niezbędne są klucze ampulowe. Odpowiedni zestaw tych narzędzi powinien więc znaleźć się na wyposażeniu każdego rowerzysty. Będziemy chwalić naszą zapobiegliwość, kiedy przyjdzie dokręcić poluzowaną czy przesuniętą po upadku kierownicę, odblokować hamulce czy też dokręcić mocowanie dziecięcego fotelika rowerowego. Właśnie dlatego klucze ampulowe warto mieć przy sobie w trakcie dłuższych i krótszych wypadów rowerowych.

W gąszczu dostępnych rozwiązań, niezwykle interesującym i praktycznym z punktu widzenia miłośnika dwóch kółek jest zestaw imbusów PROLINE (nr. kat. 48368). Osiem trwałych kluczy w rozmiarach od 1,5 mm do 8 mm, zamknięto w wygodnej i praktycznej obudowie przypominającej scyzoryk. Dla zwiększenia wygody użytkowania została ona pokryta miękkim i wytrzymałym tworzywem. Natomiast wykonane z wysokiej jakości stali chromowo-wanadowej klucze, są odporne na ścieranie i skręcanie. Dużym ułatwieniem jest to, że odszukanie odpowiedniego rozmiaru narzędzia jest banalnie proste. Odczytujemy rozmiar zapisany na rękojeści, otwieramy tak jak w scyzoryku ostrze i zabieramy się do pracy. Dodatkową zaletą zestawu jest jego niska waga oraz kompaktowe rozmiary. Dzięki temu wybierając się na rowerową wyprawę można wsunąć go do kieszeni, wrzucić do plecaka lub sakwy. Zestaw nie zajmie wiele miejsca, a w przypadku awarii może pomóc uratować wycieczkę.

W ofercie PROLINE można również znaleźć analogiczne zestawy ośmiu kluczy sześciokątnych z końcówką kulistą (nr kat. 48378), ośmiu kluczy TORX – od T9 do T40 (nr kat. 48388) oraz zestaw siedmiu kluczy ampulowych w rozmiarze od 2 mm do 10 mm (nr kat. 48367). Każdy z nich doskonale sprawdzi się zarówno w torbie rowerzysty, jak i w warsztacie każdego majsterkowicza. Ceny detaliczne, w zależności od rodzaju zestawu, wynoszą od 27 do 32 zł.

Czytaj więcej15 września 2014 14:08 - Dodane przez redaktor

Turystyka jest jednym z największych i najlepiej rozwijających się sektorów europejskiego przemysłu. Liczba osób pragnących swój wolny czas spędzać poza miejscem zamieszkania rokrocznie wzrasta. Zmienia się również zasięg wakacyjnych podróży. Coraz częściej decydujemy się na dalekie, egzotyczne wyprawy do miejsc, które jeszcze kilkanaście lat temu były dostępne wyłącznie dla nielicznych.

Dynamiczny rozwój tanich linii lotniczych, możliwość rezerwacji on-line, wzrost jakości oferowanych usług, duże rabaty dla wybierających opcję last minute to tylko niektóre z czynników zwiększających popyt w branży turystycznej. Większość ludzi pragnie przemieszczać się szybko, komfortowo i bezpiecznie. Dobrym przykładem wychodzenia na przeciw oczekiwaniom podróżujących jest nowa usługa wprowadzona na amsterdamskim lotnisku Schiphol. Stosowany tam program Privium, wykorzystujący skanowanie tęczówki, pozwala na wygodną odprawę, trwającą zaledwie tyle co… mrugnięcie okiem. Być może w niedługim czasie, za sprawą osobistych mikroprocesorów wszczepianych pod skórę, wizyta na lotnisku stanie się jeszcze krótsza.

Próbując odpowiedzieć na pytanie dotyczące przyszłości turystyki, nie sposób nie oprzeć się na pewnych wyraźnych tendencjach. Coraz mniejszą popularnością cieszą się wczasy, których głównym zamierzeniem jest wystawianie nagiego ciała, przykrytego jedynie cienką warstwą filtrów na działanie promieni słonecznych. Dwa tygodnie obracania się z boku na bok, w celu zapewnienia sobie opalenizny świadczącej o zasobności konta, dla wielu z nas nie stanowi już atrakcji, chociażby ze względu na wzrastający odsetek zachorowań na nowotwory skóry. Dłuższy pobyt w jednym miejscu ustępuje krótszym, ale  za to częstszym wyjazdom – optymalnie raz na kwartał. Pragniemy odpoczywać aktywnie, zapewniając moc atrakcji zarówno ciału jak i duszy oraz zaspakajać charakterystyczną dla natury ludzkiej chęć poznania. Nie przypuszczam, aby pragnienie to spowodowało w najbliższym czasie masowe loty w przestrzeń kosmiczną, ale na pewno zaowocuje innymi innowacyjnymi rozwiązaniami. Być może za kilkanaście, czy kilkadziesiąt lat o turystyce napiszemy tak…

Po zdrowie i urodę

Wielką popularnością cieszą się wszelkiego rodzaju hotele SPA&Wellness. Świat ogarnęła moda na polepszanie sobie samopoczucia oraz udoskonalanie ciała w przyjemny sposób. Nie wystarcza nam codzienny trening pod okiem osobistego trenera, dieta skomponowana zgodnie z naszymi potrzebami czy szafa inteligentnych kosmetyków. Kto pragnie zachować nienaganną sylwetkę, twarz bez zmarszczek i kondycję na długie lata, obowiązkowo musi wybrać się przynajmniej raz w roku do Parków Młodości. Oferty kuszą wszystkich i nie ma się czemu dziwić. Czy to nastolatek czy osoba w jesieni życia, nikt nie pozostaje obojętny wobec problemu własnej urody, zwłaszcza, że pracodawcy wymagają od swoich pracowników potwierdzenia uczestnictwa w turnusach odnowy biologicznej. Wybierać możemy spośród szerokiej gamy ośrodków, zlokalizowanych w najróżniejszych zakątkach świata. Szczególną popularnością cieszą się te położone w strefie okołobiegunowej. Globalne ocieplenie klimatu sprawiło, że nasze organizmy nieustannie domagają się chłodu. Nie wystarcza nam już działająca całą dobę klimatyzacja. Pragniemy zimna naturalnego, którego ostatni powiew możemy poczuć jedynie na biegunach. Lodowe arcydzieła architektury, masowe seanse krioterapeutyczne, kontrolowane obniżanie temperatury ciała w celu zahamowania procesów starzenia to tylko niektóre z atrakcji czekających nas w krainie, jakże już rzadko spotykanych, pingwinów…

więcej na: http://www.innowacyjnystart.pl/?Id=10

Czytaj więcej22 listopada 2013 15:00 - Dodane przez redaktor

Brytyjskie *Post Office po raz kolejny sprawdziło ceny w letnich kurortach – od Hiszpanii i Portugalii przez Włochy, Chorwację, Grecję, Bułgarię po Egipt i Dubaj. Do stworzenia raportu Holiday Costs Barometer 2013 wzięto pod uwagę uśrednione lokalne ceny dziesięciu produktów i usług zwykle nabywanych przez statystycznego wczasowicza:

  • kawa (bar)
  • butelka lokalnego piwa (bar)
  • butelka Coca-Coli (bar)
  • kieliszek wina (bar)
  • 1,5 l wody mineralnej (sklep)
  • krem z filtrem 200 ml (sklep)
  • gazeta angielskojęzyczna
  • środek na owady (sklep)
  • paczka papierosów Marlboro
  • trzydaniowa kolacja dla dwóch osób z butelką wina

W raporcie widać wyraźny spadek cen na Półwyspie Iberyjskim (Hiszpania i Portugalia), co można połączyć z ogarniającym ten rejon kryzysem gospodarczym. W dalszym ciągu natomiast, w czołówce atrakcyjnych cenowo państw utrzymuje się Bułgaria.

*Post Office to przedsiębiorstwo należące do Royal Mail zajmujące się świadczeniem usług pocztowych, bankowych i telekomunikacyjnych.

Szczegóły raportu są dostępne na stronie: http://podroze.onet.pl/plaze/gdzie-na-wakacje-2013-tam-jest-najtaniej/8k9dt

W raporcie widać wyraźny spadek cen na Półwyspie Iberyjskim (Hiszpania i Portugalia), co można połączyć z ogarniającym ten rejon kryzysem gospodarczym. W dalszym ciągu natomiast, w czołówce atrakcyjnych cenowo państw utrzymuje się Bułgaria.
Czytaj więcej7 maja 2013 11:43 - Dodane przez redaktor

Morze, plaża i… naturyści. Wyjechałeś z miasta, by się zrelaksować i zażyć kąpieli słonecznych, a natrafiłeś na grupę osób, epatujących nagością? To zjawisko nazywamy naturyzmem. Przeczytaj, na czym polega i jak ewoluował na terenie Polski.

Czytaj więcej15 września 2010 10:26 - Dodane przez Redaktor_Futurek

Zwykłe poradniki mówią o tym, gdzie się wybrać na wakacje, dokąd pojechać, co zwiedzić i na co wydać pieniądze. Opowiadają o tym, która plaża oferuje najlepsze warunki, najczystszy piasek, przezroczystą wodę i który kurort uprzyjemni nam czas poprzez aktywny wypoczynek. My oczywiście idziemy na przekór tym trendom i chcielibyśmy przedstawić najgorszą (bo najgłośniejszą) plażę świata. Przy niej nawet Międzyzdroje z setką rozwydrzonych dzieciaków są niczym miejska czytelnia.

Czytaj więcej2 września 2010 17:36 - Dodane przez Redaktor_Futurek

O Marku Dworskim – gliwiczaninie, który podjął się jako pierwszy Polak na rowerze w samotności przejechać przez leżącą w południowo wschodniej części Afryki, na Oceanie Indyjskim – wyspę Madagaskar, pisała ówczesna prasa. Dlaczego przypominamy tę historię napiszemy na samym końcu. Teraz usiądźcie wygodnie i przeczytajcie historię pewnej wyprawy…

Do wyprawy przygotowywałem się sześć miesięcy. W ramach treningu przejechałem ponad osiem tysięcy kilometrów. Sporo czasu zajęto mi tez zgromadzenie odpowiedniego, w miarę lekkiego ekwipunku. Przepisy Air France są w tym zakresie bardzo rygorystyczne. Jakby przy okazji gromadziłem też jak największą ilości informacji o tej byłej francuskiej kolonii. Nawiązałem kontakt z polskimi misjami katolickimi na Madagaskarze. Wreszcie 8 września wyleciałem via Paryż do Antananarivo – stolicy tego kraju. Po trzynastogodzinnym locie i szczęśliwym lądowaniu stanąłem u progu mojego wymarzonego celu podróży. Niestety, widok zrazu wydał mi się przygnębiający. Na płycie lotniska stało mnóstwo wojska i policji, a ich przenikliwy wzrok powodował, że czułem się jak przestępca. Potem trwały niekończące się formalności związane z przejściem przez kontrolę sanitarną, wykupienie wizy i określenie celu podróży. Musiałem m.in. zarejestrować rower i wykonać wiele innych niezbędnych czynności, by móc pozostać w tym kraju. Po załatwieniu tego wszystkiego zostałem serdecznie powitany przez czekającego już na mnie polskiego misjonarza ojca Romana z zakonu Oblatów. Gdyby nie jego pomoc nie wiem jak poradziłbym sobie wtedy na lotnisku w Antananarivo. Następnego dnia mogłem już podziwiać piękno stolicy Madagaskaru. Niczym Rzym jest uroczo położona na siedmiu wzgórzach i ten widok zapiera dech w piersiach. Ale niestety tylko panorama jest godna uwagi. Gdy jest się już w centrum, na każdym kroku widać ubóstwo i wszechobecny brud. Miasto, w którym mieszka 1/10 ludności wyspy, tj. ok. 1,5 min jest pozbawione kanalizacji! Tego nie sposób było nie wyczuć. Jako biały często bytem zaczepiany przez bardzo nachalnych żebraków. Rzuca się też w oczy niesamowity wprost ruch wysłużonych samochodów, poruszających się według nieokreślonych zasad. Ten stan powoduje olbrzymie korki i niebywały smród spalin. Przy okazji ścierpła mi skora, kiedy dowiedziałem się, że kilka dni wcześniej z więzienia Antananarivo uciekło ponad 100 najgroźniejszych przestępców. Jak się później okazało miało to wpływ na moją wyprawę.

CZERWONA WYSPA

Następnego załadowany sześcioma sakwami wyruszyłem na południe kraju. Już po pierwszych kilkudziesięciu kilometrach przeżyłem pierwszy kryzys. Myślałem, że trening po czeskich górach dał mi odpowiednie przygotowanie kondycyjne. Myliłem się. I wtedy i parę razy później przekonałem się o tym wystarczająco dobitnie. Pierwszym celem mojej eskapady była odległa o 185 km Antsirabe. To był bardzo ambitny plan. W miarę przejeżdżanych kilometrów, podczas których różnice wzniesień dochodziły od 90 do 180 stopni, coraz bardziej gasł we mnie optymizm. Nie nastrajały mnie pozytywnie pojawiające się co rusz posterunki policyjno-wojskowe z kolczatkami, karabinami i co najbardziej niebezpieczne, niezbyt trzeźwymi osobami w mundurach. Na pierwszym takim posterunku stałem karnie jak wszyscy Malgasze, ale już na następnych po malgaskim pozdrowieniu zostałem puszczony bez kontroli. W drodze posługiwałem się mapą, którą wziąłem z Polski. Madagaskarskie są wyjątkowo niedokładne. Czując się już nieco pewniej spróbowałem jechać na skróty. To był błąd. Po ok. 20 km droga się skończyław buszu i musiałem na powrót wracać do głównego traktu. Od tego momentu nie próbowałem już eksperymentować. Podczas jazdy każdą możliwą okazję wykorzystywałem do kupienia czegokolwiek do jedzenia i picia.
Przeważnie posilałem się czerwonym ryżem malgaskim. Jadłem go niekiedy pięć, sześć razy dziennie. Twardo trzymałem się też zasady, że w drodze kupuje się wyłącznie wodę mineralną w oryginalnie zapieczętowanych butelkach. Nauczyli mnie tego ojcowie Oblaci. Ich wskazówki okazały się bezcenne. Wielokrotnie poruszałem się po drodze asfaltowej, określanej nazwą „autostrada”. De facto przypominały one polskie drogi… ale IV kategorii. Na swoim jednośladzie wykonywałem wprost ekwilibrystyczne sztuczki, bo jeżdżące samochody nie zważały na jakiekolwiek zasady ruchu drogowego. Są to zwykle stare, zdezelowane ciężarówki, o wątpliwym stanie technicznym, a także samochody osobowe tzw. taxi – busz, w których jedzie niekiedy nawet 10 osób. Bagażniki dachowe załadowane mają do wysokości 1 piętra! Wszystkie te niedogodności są niczym w porównaniu z zachwycającym pięknem krajobrazu. Madagaskar jest opisywany jako wyspa czerwona, a to za sprawą wszechobecnego tutaj minerału – laterytu, który jest powszechnym w użīciu surowcem budowlanym i drogowym. Ten widok uzupełnia wspaniała zieleń lasów, rzek, gór i mimo temperatury ok. 35 stopni C nie żałowałem ani przez chwilę trudów związanych z wyprawą.

PISTOLET PRZY PIERSI.

Co krok spotykałem się z niesamowitą sympatią ze strony miejscowej ludności. MIjani przez mnie Malgasze pozdrawiali mnie w języku fancuskim lub malgaskim, a kiedy starałem się odwazjemnić ich uprzejmość odpowiadając w ich języku, to w dwójnasób okazywali mi swoją serdeczność. Codziennie kupowałem cukierki i przy każdej okazji rozdawałem je dzieciom wraz z podarunkami jakie przywiozłem z Polski. Tak na marginesie tamtejsze kobiety to bardzo zgrabne i piękne istoty. Jedynym felerem jest to, że prawie każda z nich… pozbawiona jest od kilku do kilkunastu zębow. Po całodziennym kręceniu pedałami, około godz. 17.30 tuż przed zmierzchem dotarłem do celu mojego pierwszego etapu. Czarna koszulka, którą miałem na sobie, na finiszu była niemal biała od potu. Trudno się dziwić skoro w czasie jazdy wypijałem około 10 l wody mineralnej. Po kąpieli w beczce nie mogłem zasnąć. Pierwsza noc w trasie, dzień pełen wrażeń, a do tego całkowita ciemność i odgłosy buszu. Rano pełen optymizmu wyruszyłem w dalszą drogę. Jak wcześniej powiedziałem, jadąc rowerem co chwilę napotykam posterunki policyjno-wojskowe. Po minięciu jednego z nich dołączył do mnie Malgasz na rowerze i razem jechaliśĶy ok. 20 km. Zbliżając się do kolejnego jak zwykle pozdrowiłem funkcjonariuszy po malgasku. Zauważyłem jednak że mundurowi są jacyś dziwnie niezadowoleni. Za chwilę zamarłem. Po odjechaniu przeze mnie i mojego malgaskiego nieznajomego kilkaset metrów, dogonili nas na motorze i ku mojemu przerażeniu jeden z nich odbezpieczyl karabin i wycelował w moją pierś. Gdybym nie był w cześniej w toalecie myślę że w tym momencie miałbym pełne majtki. Po usilnych próbach wyjaśnień francusko malgaskich, że z podróżującym obok mnie Malgaszem nie mam nic współnego, zezwolili mi odjechać. Mimo ciężaru sakw i roweru uciekałem stamtąd z niewyobrażalną szybkością. Ale cóż, było minęło. Jadąc dalej delektowałem się widokami. Te urocze krajobrazy przerywane były zdewastowanymi mostami i wiaduktami nad kilkudziesięciometrowymi przepaściami. Zmęczony, ale pełen wrażeń skończyłem następny etap mojej wyprawy.

U TRĘDOWATYCH

Kolejny dzień jak zwykle rozpocząłem o godzinie 6 rano. Mijanych Malgaszy starałem się pytać o wszystko, co dotyczy ich codziennego życia. Z ufnością pokazywali mi jak wypalają cegłę z laterytu, którą używają do budowy domów, jak spulchniają ziemię pod uprawę ryżu. Przy tym rozmawiali ze mną niezwykle serdecznie i ciągle się uśmiechali. Za moment przeżyłem kolejną niespodziewaną przygodę. Podjeżdżając pod gorę, zmęczony z otwartymi od wysiłku ustami wjechałem w liczącą ok. 1 mln chmurę szarańczy. Na nieszczęście jedna z nich wpadła mi w buzię. Szkoda, że nie widzieliście mojej szaleńczej reakcji. Musiałem wyglądać strasznie głupio. Obraz po przejściu szarańczy, dla tego i tak ubogiego terenu, wygląda optakanie. Dojeżdżając do Fianarantsoa spotkałem podróżującego na rowerze Francuza Marca Paula. Przez kilka godzin rozmawialiśmy o tym wszystkim co każdy z nas zobaczył i przy okazji wymieniliśmy doświadczenia. W Fianarantsoa zatrzymałem się u Kamilianów, którzy uraczyli mnie typowo polską serdecznością i gościnnością. Jednym z celów mojej wyprawy miał być pobyt w wioskach dla trędowatych. Wiedząc, że przy odpowiednim sposobie postępowania, nie stanowią oni dla mnie żadnego zagrożenia, spędziłem wśród dorosłych i ich dzieci w wioskach – leprezoviach Ilena i Marana wspaniałe i niezapomniane chwile. Mimo całego nieszczęścia związanego z ubóstwem, spotęgowanego dodatkowo jeszcze chorbą, ludzie Ci pokazali mi jak można cieszyć się każdą chwilą. Dzięki ojcom Kamilianom – Stefanowi i Zbigniewowi miałem także możliwość zobaczenia szpitala dla psychicznie chorych. To doświadczenie spowodowało, że długo nie mogłem zasnąć. Wszystkimi tymi ośrodkami opiekują się nasi misjonarze, a w niektórych przypadkach są oni jedynymi, na których pomoc miejscowa ludność może liczyć.

JEDZIE POCIĄG Z DALEKA

Następny etap podróży musiałem przemierzyć pociągiem. Przebycie odległości z Gliwic do Wrocławia zajęło mi piętnaście godzin! Wtedy uzmysłowiłem sobie pojęcie względności czasu. Pociąg, ktory miał odjechać o 6 rano wyruszył ok. godz. 12. Te wszystkie niedogodności związane z czasem, a także z tym, że ich pierwsza klasa wygląda jak nasza trzecia klasa (czy taka istnieje?), są rekompensowane wszystkim tym co można po drodze zobaczyć i dotknąć. Po ciąg jedzie przez tak głęboki busz, że liście bananowców i palm ocierają się o okna. Po krótkiej nocy wyruszyłem na wybrzeże Oceanu Indyjskiego. Późniejsze doświadczenia dowiodły, że właściwie ułożyłem plan mojej eskapady. Gdybym podróż zaczął od tego miejsca prawdopodobnie na tym etapie zakończyłaby się moja wyprawa. Po kilku dniach pobytu tam przeżyłem między innymi deszcz tropikalny. Przy nim nasze oberwania chmury wydają się mżawką. Utrapieniem byty tez potworne ilości komarów, karaluchów i szczurów wszechobecnych w chatach, gdzie zatrzymywałem się na nocleg. Po przyjeździe do ośrodka misyjnego ojców Oblatów i wspaniałym przyjęciu mogłem w końcu spełnić marzenia ostatnich kilku dni i wziąć prysznic. Następnego dnia z ojcem Grzegorzem poszedłem do wsi Tananambo, gdzie byłem świadkiem prawdziwego święta wioski. Okazało się, że jest nim… nasze przybycie! Przeżyłem wzruszającą chwilę. Przekazano mi dar tamtejszych katolików dla katolików polskich. Dzień później wraz z ojcem Grzegorzem poznałem kolejną wioskę i jej mieszkańców. Najpierw płynęliśmy dwie godziny pirogą rzeką Pananjan. Potem prawie 15 km przedzieraliśmy się przez gęsty busz. Wreszcie znaleźliśmy się w miejscu oddalonym od wszelkich cywilizowanych, w naszym pojęciu. form życia. Będąc tam, miałem możliwość doświadczenia niesamowitej wprost gościnności Malgaszy. W tej wiosce, która nazywała się Antsiwakam, ludzie nie wiedzą, że żyją na wyspie! Aparat fotograficzny i kamera wywołują u nich prawdziwą sensację. To nie przeszkadzało w ich serdecznym podejściu do nas. W imię przyjaźni dostałem do swojej dyspozycji chatę na noc. Jej właściciele wyprowadzili się na ten czas do sąsiadów! Niesamowita dla mnie była stosowana przez nich forma powitania i pożegnanie obcego człowieka, które z mojego punktu widzenia wyglądało jak prawdziwy rytuał powiązany ze śpiewem i tańcami. Tego czego nie byłem w stanie zaplanować, a co dane mi było przerzyć, pozostanie wspaniałym wspomnieniem ludzi – bardzo biednych ale niesłychanie serdecznych.

ZOBACZYĆ I UMRZEĆ

Z przerażeniem myślałem o ostatnich dniach mojej wyprawy na Madagaskarze. Czekał mnie wjazd z poziomu zero na wysokość ok. 2000 m na bardzo krótkim odcinku. Do miejscowości Moramanga z większymi lub mniejszymi trudnościami udało mi się dotrzeć w ciągu dwóch dni pokonując odległość ok. 260 km. Prawdziwy koszmar miał się dopiero zacząć. Do stolicy Antananarivo pozostało zaledwie 115 km, a przejechanie tego odcinka zajęło mi dwa dni. NIe raz przede mną jawiła się niemal pionowa ściana. Poruszałem się z prędkością ok. 5 km na godzinę. Kilka razy byłem u kresu wytrzymałości psychicznej. Różne bzdurne myśli kłębiły mi się wtedy po głowie. Dzisiaj z perspektywy czasu jestem jednak szczęśliwy, że udało mi się pokonać górę i własne słabości. Dotarłem do ośrodka misyjnego, z którego zaczynałem swoją wyprawę! Wyspa niczym okrutny czarodziej jest pełna sprzeczności, ale na zawsze pozostanie moją dozgonną miłością i może kiedyś, za kilka lat wrócę tutaj.
Wszystko to co udało mi się zobaczyć, przeżyć, nie byłoby możliwe gdyby nie pomoc przed wyprawą Andrzeja Szpitalnego z Rower-Sportu w Leszczynach, Jurka Golbika z Baltony w Gliwicach, właścicieli Sportiva-Alpinus z Gliwic oraz gliwickiej filii firmy ubezpieczeniowej Hestia Insurance. Szczególnie dziękuję wszystkim misjonarzom – ojcom Oblatom i Kamilianom, dzięki którym bezpiecznie przemierzyłem ten cudowny zakątek świata.

Marek Dworski


Zapraszamy do galerii zdjęć z wyprawy. Dlaczego przypomnieliśmy tą historię? Dlatego że kolejnym planem Marka jest objechanie na rowerze Przylądka Horn, miejsca okrytego wyjątkowo złą sławą w środowiskach żeglarzy. Jest to najbardziej na południe wysunięty przylądek z Archipelagu Tierra del Fuego w południowym Chile. Znajduje się on na wyspach „Hermit Islands”. Jest to również najbardziej na południe położony przylądek z „wielkich przylądków”, oznacza on północną granicę przejścia Drake’a, to tutaj spotyka się Atlantyk z Pacyfikiem. Jest to jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na szlakach żeglugowych wielkich kliprów.

Zapraszamy naszych rodzimych dystrybutorów do wsparcia tego trudnego przedsięwzięcia. Nasza redakcja objęła patronat medialny nad planowaną wyprawą.

Źródło: http://www.e-bikerzone.com/Newsy/ludzie-350

Czytaj więcej16 sierpnia 2010 12:18 - Dodane przez Redaktor_Futurek